czwartek, 9 lipca 2015

"Western diet", czyli krótko o zachodnim stylu żywienia i jego wpływie na zdrowie człowieka oraz o fascynującej wiedzy o kwasie palmitynowym

Od kilku tygodni jestem na bieżąco z informacjami mówionymi i pisanymi podawanymi przez sieć CNN. Wszystko tam jest dla mnie fascynujące, lecz wciąż najważniejszy jest temat odżywiania. Dziś wreszcie miałam czas i przeczytałam spokojnie artykuł, a właściwie dłuższą notatkę o "Western diet", czyli o zachodnim stylu odżywiania, o czym w skrócie poniżej.


Słowem wstępu


O tym, że odżywianie oparte na tłuszczach nasyconych i cukrze rafinowanym szkodzi organizmowi człowieka, słyszeli na pewno wszyscy. Wg danych Światowej Organizacji Zdrowia za 2014 rok na świecie było ponad 600 mln ludzi otyłych, a 2 miliardy światowej populacji stanowili ludzie z nadwagą. Co należy podkreślić, wskaźnik wagi nie łączy się bezpośrednio z odżywieniem organizmu, a wręcz przeciwnie  z niedożywieniem. Paradoksalnie przejedzenie (dosłownie tak należy rozumieć przyjmowanie więcej jedzenia, niż wydatkujemy) prowadzi do niedożywienia. Jak to możliwe? Odpowiedź jest bardzo prosta: odżywienie zależy od tego, co jemy, a nie od tego, ile jemy. 

Co dokładnie znaczy "Western diet"?
Znowu prościzna: 1) tłuszcze nasycone rafinowane, 2) rafinowane cukry, 3) białko zwierzęce i 4) brak błonnika. Gdy do tego dodać brak ruchu, mamy niedożywienie połączone z nadwagą. Ale nie na to chcę zwrócić uwagę.

"Western diet" a odporność organizmu


Ważniejsze jest coś innego. Wg badań prowadzonych w amerykańskim National Institute of Allergy and Infectious Diseases nadmierne spożycie wymienionych składników diety zachodniej prowadzi do obniżenia odporności organizmu. W szczególności chodzi o nadmierne spożycie fruktozy i kwasu palmitynowego. Ten kwas palmitynowy to organiczny kwas tłuszczowy nasycony pochodzący z żywności roślinnej i zwierzęcej, który zakłóca pracę mózgu. Efekt jest taki, że nasz mózg nie dostaje we właściwym momencie informacji, że żołądek jest pełny, co prowadzi do przejadania. (Informacje pochodzą ze strony roik.pl, gdzie często zaglądam.) O kwasie palmitynowym napiszę jeszcze poniżej, bo taką wiedzę trzeba powtarzać.
W artykule podany został przykład obrazujący zależność między pożywieniem a odpornością: kwas palmitynowy bywa przez organizm mylony z bakterią E.Coli. Organizm zaczyna walczyć z bakterią, co prowadzi do stanu niewielkiego zapalenia. Wg naukowców w momencie rzeczywistego ataku chorób na organizm komórki obronne nie są wystarczająco gotowe do obrony. Organizm jest osłabiony przez walkę z intruzem, który naprawdę nie istniał. Kiedy komórki są już gotowe do walki, to walka ta jest mniej skuteczna, bo przeciwnik zdążył się już rozpanoszyć w organizmie. 
Druga rzecz, którą należy podkreślić, to wpływ na organizm żywności przetworzonej. 

Żywność przetworzona a odporność organizmu


Także i to wiedzą wszyscy: odporność organizmu zaczyna się w jelitach. Przeczytałam, że dobroczynnych bakterii trawiennych w ludzkim organizmie jest aż 1 kg. Kontrolują one wszystkie stany zapalne. Jednak w przypadku spożywania żywności przetworzonej nie mają one szans przeżycia. Niestety nie wyjaśniono tego mechanizmu niszczenia pożytecznych bakterii. Mimo to wywołuje to we mnie przerażenie. Mam nadzieję, że znajdę gdzieś dokładniejsze informacje, bo sprawa warta jest zainteresowania.

"Western diet" a rak


Nie sposób o tym nie napisać. Mimo iż nie znamy bezpośrednich przyczyn powstawania nowotworów, to myślę, że można próbować określić czynniki pośrednie. Do tych zaliczam żywność. Jestem przekonana, że to, co jemy, wpływa na nasze zdrowie i może przyczyniać się do zachorowania na tak poważne choroby, jak nowotwory. Podobnie napisano w artykule w CNN, do którego się odwołuję. 
Badania naukowe łączą bezpośrednio dietę zachodnią ze wzrostem zachorowań na nowotwory jelita grubego oraz prostaty. Wykazują, że mężczyźni na diecie zachodniej są 2,5 razy bardziej narażeni na śmierć z powodu tych chorób. Jest to związane z niszczeniem flory bakteryjnej, o czym pisałam powyżej. 
Przytoczę tu przeprowadzone przez Amerykanów badania. Porównano wyniki badań 2 grup mężczyzn: pierwszą stanowili Afrykańczycy z Afryki Południowej, drugą amerykańscy Afrykańczycy (w oryginale African Americans). Grupy różniły się dietą. Wynik jest porażający Afrykańczycy na diecie zachodniej są 50 razy bardziej narażeni na rozwój raka jelita grubego. W artykule dodano, że badacze wyeliminowali w grupie amerykańskich Afrykańczyków ewentualne przypadki, w których na rozwój tego nowotworu wpłynąć mogły geny. Podkreślono też, że oczywiście "Western diet" nie jest jedyną przyczyną powstawania raka jelita grubego.

"Western diet" a cukrzyca typu II


O tym także trzeba napisać. Naukowcy nie mają wątpliwości, że dieta jest podstawowym czynnikiem wpływającym na rozwój tej choroby. W roku 2014 na świecie były 374 miliony osób chorych na cukrzycę typu II. Wydaje się, że nie trzeba tego komentować, bo liczba ta mówi za siebie. Ryzyko zachorowania na cukrzycę jest wprost proporcjonalne do wzrostu wagi, a ta jest najczęściej wynikiem braku ruchu i niewłaściwej diety.

O co chodzi z kwasem palmitynowym?


Niby kwas tłuszczowy jak inne podobne nasycone. Ale jednak zupełnie inny i warto na niego zwrócić uwagę. Mimo iż bardzo ciekawe napisała o nim Anna Błońska (czytałam w roik.pl, łatwo to znaleźć), to ja część informacji powtórzę. Przy okazji sama to sobie utrwalę. 
Kwas palmitynowy sprawia, że nasz mózg ignoruje ważne dla niego informacje o wydzielaniu hormonów odpowiedzialnych za nasycenie: insuliny i leptyny i zamiast zarządzić koniec posiłku, nie robi nic. To znaczy, że mimo iż jesteśmy już najedzeni, jemy dalej. Prowadzi to do przejedzenia.
Kwas palmitynowy został wyizolowany ok. 1800 roku z tłuszczu palmowego, potem odkryto go w maśle, mleku, żółtym serze, wołowinie, tłuszczu kakaowym (w tych składnikach jest aż 25 %), a także np. w oliwie z oliwek. Jest także w mleku matki i jest go 20-25 %. W oliwie jest go najmniej 14 %. A w oleju palmowym najwięcej  45 %. 
Wyniki badań amerykańskich, ogłoszone w 2014 roku, wykazały, że kwas palmitynowy jest o wiele szkodliwszy dla mózgów męskich (piszę tak ogólnie, bo badania prowadzono na myszach), które nie są chronione przez estrogeny. Eksperyment prowadzono przez 16 tygodni, podając w tym czasie wszystkim myszom jedzenie zarazem tłuste i wysoko węglowodanowe, bo chodziło o to, by było podobne do ludzkiego junk food. Po tym czasie myszy zbadano. Badania wykazały zmiany zapalne tylko w mózgach męskich. Te zmiany w mózgu wiązały się bezpośrednio z podatnością na choroby serca i cukrzycę. Badacze wnioskują, że mózgi żeńskie są chronione przed zapaleniem przez estrogeny. Stąd wg nich ma wynikać podatność na tycie i choroby z nim związane u kobiet po menopauzie. 
W 2014 roku miały się rozpocząć badania na ludziach, ale nie znalazłam żadnych informacji o przebiegu i wynikach takich badań. Te ostatnie informacje uzyskałam z rozmowy ABC Science z Dr Deborah Clegg, która jest autorką badań.

Moje uwagi 


Kiedy czytam takie rzeczy, to rodzi się we mnie złość, że o tym nie uczą w szkole. Że nie krzyczą o tym w dziennikach telewizyjnych (co prawda nie oglądam żadnych polskich wiadomości, ale wiem od osób, które są na bieżąco, że takiej wiedzy się tam nie przekazuje). Jest we mnie silna potrzeba, żeby wiedzieć coraz więcej o tym, jak żywność wpływa na mój organizm, i chciałabym, żeby wszyscy na świecie też chcieli wiedzieć. Pod artykułem w CNN nie ma żadnego komentarza, czy to znaczy, że to nie jest ważne? 


niedziela, 14 czerwca 2015

Sprawozdanie z wyzwania Życie bez opakowań


Choć planowałam, że to wyzwanie będzie trwało tylko 2 tygodnie, to poważnie się przedłużyło i trwa. Właściwie nie jest już wyzwaniem, lecz normą w moim domu.


Jak to wyglądało?


Przede wszystkim musiałam być zawsze przygotowana na zakupy. A to akurat nie jest łatwe, bo choć torbę mam zawsze przy sobie, to z większym pojemnikiem (a nawet kilkoma) trudno wciąż chodzić. Najłatwiej było, gdy jechałam na mój ulubiony rynek, gdzie kupowałam choćby drób czy mięso. Podawałam pudełko, a pani pakowała porcję, uprzednio zważywszy pojemnik. Śmizna-prościzna jak mówi bajkowa bohaterka Rainbow Dash. Za każdym razem, jadąc na rynek, miałam ze sobą pojemnik i tak postępowałam. Sprzedawczynie są tak życzliwe, że nigdy nie dziwiły się, gdy podawałam pudełko. Podobnie było w delikatesach, w których kupuję ryby ― tutaj sama czułam się nieco niezręcznie, a to z powodu osób, które stały za mną w kolejce i przyglądały się sytuacji. Podkreślam przy tym, że jeżdżenie z kilkoma pojemnikami na zakupy wcale nie jest fajne. Ale daję radę.

Z kupowaniem warzyw i owoców nigdy nie miałam problemów, bo pakuję je bezpośrednio do koszyka, a po zakupie do bawełnianej torby. Raz w hipermarkecie zwrócono mi uwagę, że warzywa powinnam ważyć w foliowej torebce, ale gdy poprosiłam o pokazanie mi takiego wymogu na piśmie, to wyszło na moje, bo takich nakazów nigdzie nie ma.

Bez opakowań zaczęłam kupować moje ukochane suche warzywa strączkowe. Znalazłam miejsce, gdzie sprzedają je na kilogramy i także proszę o pakowanie do pojemnika. Podobnie jest z ryżem (na razie nie miałam okazji tak kupować), lecz nie z makaronem. Choć wczoraj postanowiłam, że odtąd będę sama robić makaron do rosołu (mój ulubiony się zepsuł), to każdego nie da się zrobić. Tu się poddaję.

Wciąż mnożą się u nas opakowania po słodyczach, bo nie umiałam z nich zrezygnować. Jednak dzięki utrzymywaniu słodyczowej soboty mąż i córka jedzą je tylko wtedy ― dzięki temu opakowań tych nie jest dużo.

Nie da się uniknąć kupowania opakowań pewnych produktów: kukurydzy i pomidorów w puszce (bądź przecieru w szklanej butelce). Postanowiłam, że w tym roku przygotuję własne zapasy przetworów z pomidorów.

To, z czego jestem dumna, to całkowita rezygnacja z picia koli, która skutkuje brakiem pustych opakowań po niej w śmietniku. Obecnie podstawowym napojem, który kupujemy w gotowym opakowaniu, jest mleko, bo w naszej okolicy nie ma niestety mlekomatu. Kiedy zabieram córkę na dwór bądź na zajęcia, zawsze przygotowuję napój w butelce wielokrotnego użytku. Jest to nieco kłopotliwe, bo trzeba o tym wcześniej pomyśleć, ale na razie daję radę. Córka nie dawała się długo przekonywać do takiego rozwiązania, bo kupiłam jej fajną, kolorową butelkę. Oczywiście nie przyrzekam, że już nigdy nie kupię napoju w gotowym opakowaniu, lecz samodzielnie jego przygotowanie uważam za warte czasu (choć nie przesadzajmy z tym czasem i trudem, bo w przypadku wody wystarczy przelać ją z dzbanka do butelki).

Podsumowując


Ha, to jest naprawdę niesamowite! Śmieci jest znacznie mniej.
Ze względów higienicznych musiałam przeorganizować domowy śmietnik. Do dużego pojemnika (60 l) na odpady suche wkładam obecnie 2 mniejsze worki na śmieci ― do jednego wkładam opakowania po mleku i inne mokre opakowania ― do drugiego wyłącznie całkowicie suche. Po pierwszym tygodniu Życia bez opakowań duży worek pozostawał wciąż niecałkowicie wypełniony, a ponieważ szkoda mi wyrzucać puste worki, konieczne było wprowadzenie nowego porządku.
Śmieci w koszu organicznym też jest dużo mniej, ale tu nie ma wyjścia i trzeba często wynosić śmieci, mimo niepełnego worka.

Eksperyment przerósł moje oczekiwania, bo widzę zmiany w naszym postępowaniu. Córka na zakupach już nie woła, żeby kupić jej coś słodkiego lub coś do picia. Mąż i ja nie pijemy napojów. Wszyscy jesteśmy bardziej świadomi i jeszcze uważniej wybieramy to, co kupujemy.

Nie wszystko da się utrzymać. Latem pijemy codziennie kefir, a mąż już coś przebąkuje o cydrze. Co do cydru nie mam uwag, bo jest w szklanych opakowaniach, lecz kefir kupujemy tylko w plastiku. Przy kefirze, mimo usilnego zgniatania butelki, śmietnik szybko się zapełnia.
Ale to mi nie przeszkadza.
Ponadto pozostają jeszcze nieśmiertelne słodycze, twaróg, śmietana, owoce suszone, no i mąka, oraz makaron. I to chyba wszystko.

W sumie dzięki temu, że jemy raczej nieprzetworzone produkty, wytwarzamy mało śmieci.

Na koniec mogę tylko powiedzieć, że taki model zakupów polecam każdemu. Opiera się on oczywiście na dokładnym planowaniu zakupów, czyli zakupach z listą, co dyscyplinuje, choć jest nieco uciążliwe. Robię to jednak dla siebie, więc na taką uciążliwość się zgadzam.

sobota, 13 czerwca 2015

Tłuszcz jako lekarstwo na otyłość? 

The New York Times, 

2 maja 1884 r.


Czytając tytuł tej prasowej notatki, nie mogłam w niego uwierzyć. Bo czy tłuszcz może być lekarstwem na tłuszcz? Brzmi szalenie ciekawie.


Ale to tylko wstęp, bo to, co przeczytałam później, było dla mnie prawdziwą bombą. Już wiem, co stanowi podstawy nowoczesnych diet odchudzających. Zachęcam wszystkich, którzy lubią wiedzieć więcej, do przeczytania dzisiejszego wpisu.

Wspomniana notatka w NYT dotyczy nowej (w roku 1884!) diety odchudzającej wymyślonej przez niejakiego Mr. Bantinga. Przeciwko niej wypowiedział się nieznany mi dotąd niemiecki profesor Wilhelm Ebstein, który wyraźnie skrytykował nową metodę. Dodam, że W. Ebstein to postać bardzo dobrze znana medycynie, autor diety odchudzającej, o której trochę opowiem poniżej, oraz autor ważnych prac dotyczących leczenia dny moczanowej oraz niestrawności, tuszy i otyłości (w sumie opublikował 237 prac naukowych).
Na marginesie: Czym była tusza? Łatwiej powiedzieć, jak definiowana była w kontekście  otyłości: bo otyłość definiowano jako najwyższy stopień tuszy. Tuszę można by zatem zdefiniować jako nadwagę.

W notatce wspomniano głodówki. Ciekawostką dla mnie jest to, co mówił o nich profesor Ebstein: że prowadzą w równi do zespołu utraty białka (utraty albumin, tj. białek surowicy krwi), jak i tłuszczu. Jak przeczytałam, albuminy są odpowiedzialne za przeciwdziałanie powstawaniu obrzęków. Uważał on, że głodówka jest wręcz gorsza od otyłości, bo prowadzi m.in. do anemii. Oprócz tego za zupełnie nieużyteczne uważał napoje leczące otyłość (szkoda, że nie wiadomo, o jakie napoje chodzi). A co uważał za skuteczne? Ograniczenie jedzenia!!! Dla mnie jest to niesamowite, że już 130 lat temu lekarze wiedzieli, że najlepsza dieta to nieprzesadzanie z ilością zjadanych porcji. Jest to tam bardzo ładnie ujęte, cytując tak mniej więcej: dieta jest jedynym lekarstwem na niewygodę, której przyczyną jest za duża ilość jedzenia. Nie ma tu mowy o otyłości, lecz o niewygodzie. Bardzo mi się to podoba. Widać, nie zawsze trzeba pisać wprost, żeby rzecz zrozumieć.

Teraz wrócę do głównego zagadnienia. Dr Banting proponował dietę opartą na dużej dawce białek, a małej dawce tłuszczów, co mocno krytykował właśnie Ebstein. Wg Ebsteina długotrwałe przyjmowanie dużej ilości białek prowadzi do poważnych chorób. Ponadto Ebstein był autorem diety, w której kluczowy był tłuszcz (przy ograniczeniu spożycia skrobi) i  w której ważne było uśrednione spożycie białka. Ta dieta miała leczyć podstawowe dla Ebsteina schorzenia, czyli: tuszę, otyłość, dnę i niestrawność. Ebstein zalecał spożywanie tłuszczu dobrej jakości (a nawet do zażywania przyjemności w postaci fois gras, oczywiście w umiarze), natomiast Banting nakazywał unikanie tłuszczów, nawet rybich (zezwalał tylko na mięso łososia).

To tyle na temat notatki w NYT. Chcąc poszerzyć wiedzę, poczytałam na temat 
profesora Ebsteina, którego zalecenia bardziej mniej zainteresowały.

Wilhelm Ebstein

Ebstein jest uznawany za ojca LCHF, czyli diety Low Carbohydrate High Fat. Oprócz tego mówi się po nim jako o zapomnianym głosie, który przekonywał, że otyłość, dna moczanowa oraz cukrzyca są dziedzicznymi komórkowo chorobami metabolicznymi. Przyznaję, że to, co teraz piszę, robi na mnie wielkie wrażenie. A jest tego więcej. Znalazłam ciekawy artykuł na temat historii diety nisko węglowodanowej.

Wracając do Ebsteina. Prof. Ebstein uważał, że powrót do zdrowej sylwetki u ludzi otyłych jest raczej wynikiem zmiany nawyków żywieniowych (opartych na zmianie podejścia w psychice) niż wynikiem leczenia w dosłownym znaczeniu tego słowa. Ponadto zaznaczał, że nie powinno się oczekiwać schudnięcia w ciągu kilku tygodni, bo do tego prowadzi dopiero utrwalony reżim. A głodu trzeba unikać. Jak i cukru, który miał budzić wręcz odrazę (dokładnie tak było napisane w jednej z jego książek).

Dieta profesora Ebsteina

Z diety wykluczone zostały wszelkie formy słodkości, ponadto ziemniaki. Chleba można było spożywać od 3 do 3,5 uncji. Natomiast wskazane były warzywa bogate w białko, jak np.:  szparagi, szpinak, kapusta oraz rośliny strączkowe. Bez ograniczeń można było u Ebsteina jeść mięso, jakiekolwiek. W jednej ze swoich książek, co cytowane jest we wcześniejszej notatce, Ebstein pisał: pozwalam na tłusty boczek, tłuste baraninę i wieprzowinę, tłustą wątróbkę. Zalecał też dodawanie szpiku do zupy. I jeszcze do warzyw, aby były soczyste, pozwalał dodawać sos, a dokładnie rozpuszczone masło. Tu kierował się wskazaniami samego Hipokratesa, który zalecał akurat olej sezamowy. Zalecał też przyjmowanie 3 posiłków, czyli: śniadanie, obiad i kolację, a do tego popołudniową herbatę i przekąski. Do obiadu można było wypić 2 do 3 kieliszków wina, piwo tymczasem było dozwolone w niewielkiej, średniej ilości.


Dowiedzmy się teraz, co zalecane było przez Ebsteina na poszczególne posiłki w ciągu dnia:


Śniadanie:
  • duża filiżanka czarnej herbaty bez cukru czy mleka,
  • 2 uncje chleba obficie posmarowanego masłem
Śniadanie miało być spożywane o konkretnej godzinie: 6.30. latem i 7.30. zimą.

Obiad: między 2. a 3. popołudniu
  • zupa, zawsze ze szpikiem,
  • 4–6,5 uncji mięsa gotowanego czy pieczonego,
  • średnia ilość warzyw z pominięciem ziemniaków oraz znikomą ilością cukrowej rzepy


Deser:
  • odrobina świeżych owoców ― sałatki bądź duszonych bez cukru,
  • 2 do 3 kieliszków białego wina,
  • przed winem filiżanka czarnej herbaty bez cukru czy mleka


Kolacja:
  • ponownie czarna herbata,
  • pieczone mięso bądź jaja, szynka z tłustą kiełbaską bolońską, ryba świeża lub pieczona z niewielkim dodatkiem obficie posmarowanego masłem chleba, ponadto ser ze świeżymi owocami
Kolacja powinna zostać zjedzona między 7. a 8. wieczorem.

Niesamowite, prawda? Takie zalecenia znamy ze współczesnych książek, Internetu i innych źródeł, a tu proszę ― już wiadomo, skąd się to wzięło. Nic dziwnego, że Ebstein ostro wystąpił przeciwko zaleceniom Bantinga, ich metody po prostu się wykluczały. Dieta Ebsteina jest bliska temu, co sama uważam za właściwe w odżywianiu, choć przyznaję, że nie bardzo lubię tłuste mięso, zresztą rzadko jem mięso, bo wolę ryby, jednak jego zalecenia uważam za niezwykle trafne. Zastanawia mnie tylko, do kogo były kierowane (pamiętajmy, że autor być Niemcem i tam pracował), bo składniki menu może i były powszechnie dostępne, ale na pewno nie dla wszystkich.

Krótkie podsumowanie


„Corpulence and its treatment on physiological principles”, wydanie angielskie 1884 r., to podstawowa książka Ebsteina o leczeniu tuszy poprzez dietę. Już w przedmowie mamy zapisane wytłuszczonym drukiem, iż jest to dokładna odpowiedź na sposób leczenia otyłości zwany Banting remedy or cure by avoidance of fat. Chyba już wszystko jest jasne ― notatka opublikowana w NYT była bezpośrednią konsekwencją pojawienia się tej książki na amerykańskim rynku.

piątek, 12 czerwca 2015

Human obesity ― ciekawostki jeszcze z XIX stulecia


Cały wieczór spędziłam, przeglądając najstarsze amerykańskie artykuły z New York Times. Interesowała mnie tematyka otyłości, wpisałam więc do wyszukiwarki odpowiednie hasło i oto pojawiły się setki artykułów.  Niektóre z nich będą się u mnie pojawiały.


The New York Times z 18 sierpnia 1883 roku donosił o śmierci najgrubszej kobiety świata (tłumaczenie dosłowne), członkini cyrku dziwolągów (naprawdę wiem, jak to brzmi, ale chyba właśnie tak nazywano osoby występujące w cyrkach), Brytyjki Miss Conley. Kobieta ważyła 407 funtów, czyli nieco ponad 183 kilogramy. Jako ciekawostkę wspomniano też o pewnym panu, który, umierając w roku 1809, ważył 739 funtów, czyli 332,5 kilograma. Po śmierci mężczyzny, który zmarł w pokoju na piętrze, nie udało się znieść ciała w trumnie schodami, więc trzeba było zburzyć fragment ściany, by móc ciało wynieść z domu. Kiedy to przeczytałam, przypomniała mi się scena z filmu „Co gryzie Gilberta Grape’a”, w którym otyłą matkę po śmierci spalono wraz z całym domem.


W roku 1884 (6 stycznia) pojawił się artykuł, w którym w formie satyrycznej wspomniano o stosowaniu głodówki jako lekarstwa na otyłość. Skuteczność terapii nazywanej the brigand treatment potwierdził przypadek włoskiego księcia. Duke of Calvino stosował dietę opartą na chlebie, serze i wodzie. A wszystko to za sprawą porywaczy, którzy więzili księcia przez 35 dni, do czasu, gdy rodzina zapłaciła okup. Gazeta podaje, iż takie odżywianie przyniosło oszałamiające rezultaty i książę, który został porwany jako otyły, do domu wrócił o wadze normalnej. Autor notatki prasowej zadrwił sobie z księcia, podając, iż terapia wyleczyła go również z nadmiernej nerwowości.


Przypadek ten podano (na podstawie tego samego artykułu) w książce „Obesity in America, 18501939: A History of Social Attitudes and Treatment”. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zdobyć tę książkę, żeby zobaczyć, jak w dawnej Ameryce postrzegano i leczono otyłość. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Folia, tektura, plastik, aluminium..., czy można żyć bez opakowań żywności?


Trochę wspomnień ze zmierzchu PRL

Lubię przypominać sobie dawne czasy sprzed 25 lat, tak mniej więcej. Pamiętam sobotnie poranki, gdy chodziłam z siostrą do jedynego czynnego w naszej miejscowości sklepu z pieczywem. Czasem trzeba było czekać naprawdę długo na dostawę. A jaka tam była piękna kolejka. Ludzie ze sobą rozmawiali. Pamiętam ten szum. Pamiętam, że brałyśmy bochenki tak po prostu do ręki i pakowałyśmy do siatki, do takiej zwykłej, prawdziwej siatki. Chleb mógł w niej oddychać. A mleko było w szklanych butelkach, które po wypiciu mleka myło się i oddawało, chyba do sklepu. Jogurtów nie jedliśmy, serki homogenizowane rzadko (właściwie nie, wylizywało się tylko opakowania, gdy mała robiła sernik na zimno), nie było więc problemów z tymi opakowaniami. Śmietana była w słoikach, głównie od babci, nie pamiętam, jak ją sprzedawano w sklepie. Cukierki dostępne tylko na wagę pakowane były w papierowe torebki. Warzywa wkładało się tylko do siatki, podobnej do tej od chleba. (Owoców nie kupowaliśmy, bo dostawaliśmy od babci z jej ogrodu. Mięso i wędliny zawijano w papier. Masło było pakowane w papier jak do wypieków. Za to Delicje miały gotowe opakowanie i czekolada też. Były też produkty w słoikach i puszkach. Tyle pamiętam.
A i jeszcze śmieci ― wrzucało się je bezpośrednio do wiaderka na śmieci, nie było worków. Byłam za mała, by myć duże wiadro, robiła to głównie moja siostra. Ile rzeczy się teraz przypomina! Kawa mielona w młynku, twaróg domowy, maślanka z mleka, dżemy i konfitury domowe (choć u moich rodziców są wciąż domowe, a u mnie wkrótce także), kompoty z owoców, kogel-mogel zamiast słodyczy. Każdy z nas zna takie rzeczy, właściwie pamięta.
Moja mama z dawnych czasów (kiedy pojawiły się tzw. reklamówki w latach ‘90) zachowała zwyczaj mycia foliowych torebek, które dalej wykorzystuje. Myje też oczywiście opakowania szklane, opakowania po śmietanie z plastiku, które służą za doniczki do sadzonek. Kiedyś uważałam, że mycie opakowań to dziwactwo i się tego wstydziłam. Od kilku lat sama korzystam z torebek bawełnianych, wiklinowego kosza, na dalsze zakupy jeżdżę z plecakiem. Staram się nie brać foliowych opakowań, w zaprzyjaźnionych sklepach wiedzą to sprzedawcy. Ale to naprawdę mało. Chciałabym więcej.

Współczesność mojego domu
Kiedy dziś wynosiłam śmieci, zauważyłam, ile plastikowych oraz tekturowych opakowań wyrzucam. Duży worek (60 l) pełny był opakowań po mleku, koli i sokach (ostatnio wynosiłam śmieci w piątek). Znalazły się tam też drobiazgi w postaci opakowania po makaronie, po żelkach, kilku cukierkach, folia po papierze toaletowym, puszka po pomidorach. Był weekend, wypiliśmy dużo koli i soków. (Trochę się usprawiedliwiam.)
Nie wyrzucam już szkieł po przecierze pomidorowym, po przetworach, dżemach. Wszystko myję i wywożę do rodziców. Kiedyś tego nie robiłam, ale od kilku lat jest inaczej. Potem przywożę do Warszawy słoiki z przetworami, bo ja też jestem słoikiem. Nie wyrzucam też folii po suchych produktach, bo służą za worki na śmieci.

Chciałabym więcej. Tak. Dlatego wprowadzam w swoim domu miesiąc bez opakowań. Sprawdzę, bez czego mogę się obejść, a bez czego nie. Wyniki przedstawię wkrótce.

Chcę wspomnieć jeszcze o czymś, co mnie zaskoczyło. Owoce. Nie przypominam sobie, żebyśmy kupowali owoce. W ogóle. Pamiętam, że były jakieś cytryny i znałam też pomarańcze. Pamiętam też moje pierwsze spotkanie z bananami. Były zielone i cierpkie i musiały leżakować na kaloryferze. Były naprawdę wspaniałe, choć wtedy nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. O owocach rozmawiałam z moją mamą, która twierdzi, że u nas nie kupowało się owoców, bo ich właściwie nie było na rynku! Owoce jadaliśmy tylko przez pół roku. Zimą i wiosną jedliśmy dużo słodkiej marchwi, słodkiej, bo słodziliśmy ją cukrem. Pamiętam, że była wspaniała, słodka i soczysta. A ile przy tym starło się naskórka!

Miesiąc bez opakowań ― czy to jest możliwe?
Wracając do właściwego tematu, to chciałabym przez kilka najbliższych tygodni, do końca kwietnia, kupować produkty spożywcze i inne bez opakowań. Nie uda się kupić szamponu bez plastikowej butelki, to rzecz oczywista, mogę jednak kupić papier toaletowy na sztuki (w Społem, droższy, ale można). Kiedyś kupowałam surówki, podając własny pojemnik. Sprzedawcy kiwali głową, ale nie byli przeciwni, gdy mówiłam, że mi bardzo zależy. Spróbuję tak kupować mięso i ryby. Mogę tak kupować twaróg na kilogramy. A jogurt zrobię sama, pora wypróbować maszynę. Suche warzywa strączkowe mogę kupować na rynku na kilogramy ― też przygotuję własny pojemnik. Nie będę kupować soków i koli, nie wiem, co da się zrobić z mlekiem. Mama takich butelek nie wykorzysta, poza tym mleko w szkle jest u mnie droższe o ponad złotówkę o tego w plastiku. W pobliżu nie ma mlekomatu, z którego mogłabym korzystać. Nic nie poradzę na chemię, ale ją na szczęście rzadko kupuję. Na pewno nic mi się teraz nie kończy, może poza pastą do zębów.


Postanowione. Można powiedzieć, że zaczęłam w niedzielę, bo od niedzieli nic nie kupiłam. Akcja trwa do 30 kwietnia.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Sławny i osławiony ― syrop glukozowo-fruktozowy

Syrop glukozowo-fruktozowy ― dla mnie to niekończący się temat. Od kilku lat słyszę zewsząd, jaki to szkodliwy produkt, jak to niszczy mój organizm. Brakuje mi jednak rzeczowych danych. Nadeszła pora, by samemu poszperać. Dziś o nim ze strony czasopisma The American Journal of Clinical Nutrition, które bardzo lubię czytać. Przeczytałam tam artykuł Straight talk about high-fructose corn syrup: what it is and what it ain't autorstwa dra Johna S. White’a, chemika od wielu lat zajmującego się badaniem słodzików, eksperta od syropu z wysoką zawartością fruktozy.

Co to jest syrop glukozowo-fruktozowy?
Zacznijmy od nazwy ― w Ameryce nazywa się go tak: High Fructose Corn Syrup (powszechnie używa sie skrótu HFCS), czyli po naszemu wysoko fruktozowy syrop kukurydziany. W Europie mówimy o nim syrop glukozowo-fruktozowy bądź fruktozowo-glukozowy, oraz izoglukoza. Kilkakrotnie wnioskowano w Ameryce o zmianę nazwy na syrop kukurydziany, ale administracja odpowiedzialna za żywność odrzuciła wszystkie wnioski.
Składa się w 24% z wody, reszta to cukry w różnych proporcjach. 

Występują 3 rodzaje syropu:
      1) HFCS 55, który zawiera 55% fruktozy i 42% glukozy, wykorzystywany jest głównie w napojach bezalkoholowych, tzw. soft drinks ― określa się go w Europie nazwą syrop fruktozowo-glukozowy;
      2) HFCS 42, 42% fruktozy i 53% glukozy, stosowany do słodzenia napojów (beverages), płatków, gotowych ciast i żywności przetworzonej ― ten w Europie określa się jako syrop glukozowo-fruktozowy;
     3) HFCS-90, 90% fruktozy i 10% glukozy, używany w bardzo małych ilościach, głównie do uzyskania HFCS 55.
Zapomniałam najpierw podać, że informacje pochodzą z Wikipedii, a artykuł, który czytałam, jest rzeczowy i posiada bogatą bibliografię.

Skąd się wziął i do czego służy?
Syrop z kukurydzy zaczął być powszechnie stosowany na świecie (a właściwie w Ameryce) w latach ’70 XX wieku (głównie w napojach energetycznych i innych gazowanych), gdy zauważono, jak łatwo go stosować i jak jest tani. Wyprodukowano go już w 1957 roku, badania kontynuowano w latach ’60. Na początku nie można było wprowadzić go do masowej produkcji, gdyż do jego produkcji potrzebny był  szkodliwy arsenian (nie podano, o jaki dokładnie arsenian chodzi, a jest ich kilka) ― pomogli Japończycy, którzy uzyskali syrop bez użycia arsenianu. Pod koniec lat ’60 wprowadzono na rynek pierwszy produkt słodzony syropem z kukurydzy. A obecnie uważa się za jeden z najważniejszych środków spożywczych w historii. A kto go używa? Dobrzy znajomi wszystkich ludzi na świecie ― koncerny Coca-Cola i Pepsi ― od 1984 roku słodzą nim napoje produkowane na rynek amerykański. Ponoć tylko tam, reszta świata ma pić kolę z cukrem.
Teraz trochę danych statystycznych: otóż przeciętny Amerykanin w 1999 roku spożywał aż 17 kg syropu glukozowo-fruktozowego, w 2012 roku 12,3 kg (a dodatkowo cukru 17,7 kg). Wydaje się, że całkiem dużo.

Do czego doszedł dr White?
Wniosek dra White’a jest jeden i oczywisty: nie ma żadnych dowodów na to, że syrop glukozowo-fruktozowy wpływa bezpośrednio na wzrost wagi, że powoduje otyłość. Podkreśla on, że winne jest raczej zbyt duże spożycie cukrów w stosunku do ich spalania. Podaje, że od lat ’80 pojawiają się zarzuty wobec syropu, iż jest szkodliwy dla zdrowia, tj. niekorzystnie wpływa na metabolizm.

Czy syrop z kukurydzy jest odpowiedzialny za wzrost otyłości u ludzi?
Teza o bezpośrednim wpływie syropu na wzrost otyłości wśród Amerykanów pojawiła się w piśmiennictwie medycznym w 2004 roku. Statystyki pokazują, że w latach 1970-2005 spożycie kilokalorii w Stanach wzrosło o 24 %, w tym czasie o 5 % wzrosła procentowa ilość tłuszczów w spożywanych produktach i to ona ma być bardziej od dodawanych cukrów odpowiedzialna za wzrost otyłości. Okazuje się, że przez pewien czas fruktoza była jedynym środkiem słodzącym dodawanym do napojów energetycznych dla sportowców ze względu na niski indeks glikemiczny, ale ponieważ powodowała zaburzenia pracy układu trawiennego (bóle podczas trawienia), zaczęto dodawać do tych napojów glukozę, dzięki której zniwelowano te dolegliwości. Ponoć o trudnościach związanych z trawieniem fruktozy wiadomo od dawna, kiedyś nawet prowadzono badania na zwierzętach i na ludziach. Z danych statystycznych wychodzi, że obecnie (chyba chodzi o 2008 rok, bo wtedy opublikowano artykuł) w Ameryce fruktozowy syrop kukurydziany stanowi połowę wszystkich słodzików dodawanych do żywności, tymczasem ogólnie na świecie tylko 8 %. Do żywności dodaje się go nie tylko dlatego, że jest tani (tak twierdzi dr White), ale także dlatego, że konsument nie wyczuwa różnicy między sacharozą a syropem dodanym do napojów i jedzenia.  Są jeszcze oczywiście przyczyny czysto chemiczne, ale dla mnie mało istotne, więc o nich nie piszę.

Nie ma żadnych dowodów naukowych na wpływ syropu z kukurydzy na wzrost otyłości
Na koniec wracam jeszcze raz do końcowego wniosku dra White’a: nie ma żadnych dowodów na to, że słodzik znany u nas pod nazwą syrop glukozowo-fruktozowy ma jakikolwiek związek bezpośredni ze wzrostem otyłości w Stanach i reszcie świata.

Co ja na to?
Dla mnie ten cały wywód jest zaskakujący, gdyż wiele czytałam na temat związku jego spożycia z otyłością, przekonałam siebie, że to fakt, i teraz żyję w przekonaniu, że ten syrop to najgorszy słodzik na świecie. Dodam jeszcze, że nie szukałam informacji na temat ewentualnych związków autora artykułu z jakąś korporacją produkującą syrop bądź produkty na nim oparte. Warto zwrócić uwagę na datę powstania artykułu, bo od jego ukazania się minęło już 7 lat i może natknę się na późniejsze badania wskazujące na jednak bezpośrednie powiązanie między syropem a otyłością. Na pewno dam znać, jeśli coś takiego znajdę.
Sama na razie będę się dalej wystrzegać kupowania i spożywania produktów, w których składzie znajduje się syrop glukozowo-fruktozowy, i będę szukać dalszych informacji na jego temat.