niedziela, 14 czerwca 2015

Sprawozdanie z wyzwania Życie bez opakowań


Choć planowałam, że to wyzwanie będzie trwało tylko 2 tygodnie, to poważnie się przedłużyło i trwa. Właściwie nie jest już wyzwaniem, lecz normą w moim domu.


Jak to wyglądało?


Przede wszystkim musiałam być zawsze przygotowana na zakupy. A to akurat nie jest łatwe, bo choć torbę mam zawsze przy sobie, to z większym pojemnikiem (a nawet kilkoma) trudno wciąż chodzić. Najłatwiej było, gdy jechałam na mój ulubiony rynek, gdzie kupowałam choćby drób czy mięso. Podawałam pudełko, a pani pakowała porcję, uprzednio zważywszy pojemnik. Śmizna-prościzna jak mówi bajkowa bohaterka Rainbow Dash. Za każdym razem, jadąc na rynek, miałam ze sobą pojemnik i tak postępowałam. Sprzedawczynie są tak życzliwe, że nigdy nie dziwiły się, gdy podawałam pudełko. Podobnie było w delikatesach, w których kupuję ryby ― tutaj sama czułam się nieco niezręcznie, a to z powodu osób, które stały za mną w kolejce i przyglądały się sytuacji. Podkreślam przy tym, że jeżdżenie z kilkoma pojemnikami na zakupy wcale nie jest fajne. Ale daję radę.

Z kupowaniem warzyw i owoców nigdy nie miałam problemów, bo pakuję je bezpośrednio do koszyka, a po zakupie do bawełnianej torby. Raz w hipermarkecie zwrócono mi uwagę, że warzywa powinnam ważyć w foliowej torebce, ale gdy poprosiłam o pokazanie mi takiego wymogu na piśmie, to wyszło na moje, bo takich nakazów nigdzie nie ma.

Bez opakowań zaczęłam kupować moje ukochane suche warzywa strączkowe. Znalazłam miejsce, gdzie sprzedają je na kilogramy i także proszę o pakowanie do pojemnika. Podobnie jest z ryżem (na razie nie miałam okazji tak kupować), lecz nie z makaronem. Choć wczoraj postanowiłam, że odtąd będę sama robić makaron do rosołu (mój ulubiony się zepsuł), to każdego nie da się zrobić. Tu się poddaję.

Wciąż mnożą się u nas opakowania po słodyczach, bo nie umiałam z nich zrezygnować. Jednak dzięki utrzymywaniu słodyczowej soboty mąż i córka jedzą je tylko wtedy ― dzięki temu opakowań tych nie jest dużo.

Nie da się uniknąć kupowania opakowań pewnych produktów: kukurydzy i pomidorów w puszce (bądź przecieru w szklanej butelce). Postanowiłam, że w tym roku przygotuję własne zapasy przetworów z pomidorów.

To, z czego jestem dumna, to całkowita rezygnacja z picia koli, która skutkuje brakiem pustych opakowań po niej w śmietniku. Obecnie podstawowym napojem, który kupujemy w gotowym opakowaniu, jest mleko, bo w naszej okolicy nie ma niestety mlekomatu. Kiedy zabieram córkę na dwór bądź na zajęcia, zawsze przygotowuję napój w butelce wielokrotnego użytku. Jest to nieco kłopotliwe, bo trzeba o tym wcześniej pomyśleć, ale na razie daję radę. Córka nie dawała się długo przekonywać do takiego rozwiązania, bo kupiłam jej fajną, kolorową butelkę. Oczywiście nie przyrzekam, że już nigdy nie kupię napoju w gotowym opakowaniu, lecz samodzielnie jego przygotowanie uważam za warte czasu (choć nie przesadzajmy z tym czasem i trudem, bo w przypadku wody wystarczy przelać ją z dzbanka do butelki).

Podsumowując


Ha, to jest naprawdę niesamowite! Śmieci jest znacznie mniej.
Ze względów higienicznych musiałam przeorganizować domowy śmietnik. Do dużego pojemnika (60 l) na odpady suche wkładam obecnie 2 mniejsze worki na śmieci ― do jednego wkładam opakowania po mleku i inne mokre opakowania ― do drugiego wyłącznie całkowicie suche. Po pierwszym tygodniu Życia bez opakowań duży worek pozostawał wciąż niecałkowicie wypełniony, a ponieważ szkoda mi wyrzucać puste worki, konieczne było wprowadzenie nowego porządku.
Śmieci w koszu organicznym też jest dużo mniej, ale tu nie ma wyjścia i trzeba często wynosić śmieci, mimo niepełnego worka.

Eksperyment przerósł moje oczekiwania, bo widzę zmiany w naszym postępowaniu. Córka na zakupach już nie woła, żeby kupić jej coś słodkiego lub coś do picia. Mąż i ja nie pijemy napojów. Wszyscy jesteśmy bardziej świadomi i jeszcze uważniej wybieramy to, co kupujemy.

Nie wszystko da się utrzymać. Latem pijemy codziennie kefir, a mąż już coś przebąkuje o cydrze. Co do cydru nie mam uwag, bo jest w szklanych opakowaniach, lecz kefir kupujemy tylko w plastiku. Przy kefirze, mimo usilnego zgniatania butelki, śmietnik szybko się zapełnia.
Ale to mi nie przeszkadza.
Ponadto pozostają jeszcze nieśmiertelne słodycze, twaróg, śmietana, owoce suszone, no i mąka, oraz makaron. I to chyba wszystko.

W sumie dzięki temu, że jemy raczej nieprzetworzone produkty, wytwarzamy mało śmieci.

Na koniec mogę tylko powiedzieć, że taki model zakupów polecam każdemu. Opiera się on oczywiście na dokładnym planowaniu zakupów, czyli zakupach z listą, co dyscyplinuje, choć jest nieco uciążliwe. Robię to jednak dla siebie, więc na taką uciążliwość się zgadzam.

sobota, 13 czerwca 2015

Tłuszcz jako lekarstwo na otyłość? 

The New York Times, 

2 maja 1884 r.


Czytając tytuł tej prasowej notatki, nie mogłam w niego uwierzyć. Bo czy tłuszcz może być lekarstwem na tłuszcz? Brzmi szalenie ciekawie.


Ale to tylko wstęp, bo to, co przeczytałam później, było dla mnie prawdziwą bombą. Już wiem, co stanowi podstawy nowoczesnych diet odchudzających. Zachęcam wszystkich, którzy lubią wiedzieć więcej, do przeczytania dzisiejszego wpisu.

Wspomniana notatka w NYT dotyczy nowej (w roku 1884!) diety odchudzającej wymyślonej przez niejakiego Mr. Bantinga. Przeciwko niej wypowiedział się nieznany mi dotąd niemiecki profesor Wilhelm Ebstein, który wyraźnie skrytykował nową metodę. Dodam, że W. Ebstein to postać bardzo dobrze znana medycynie, autor diety odchudzającej, o której trochę opowiem poniżej, oraz autor ważnych prac dotyczących leczenia dny moczanowej oraz niestrawności, tuszy i otyłości (w sumie opublikował 237 prac naukowych).
Na marginesie: Czym była tusza? Łatwiej powiedzieć, jak definiowana była w kontekście  otyłości: bo otyłość definiowano jako najwyższy stopień tuszy. Tuszę można by zatem zdefiniować jako nadwagę.

W notatce wspomniano głodówki. Ciekawostką dla mnie jest to, co mówił o nich profesor Ebstein: że prowadzą w równi do zespołu utraty białka (utraty albumin, tj. białek surowicy krwi), jak i tłuszczu. Jak przeczytałam, albuminy są odpowiedzialne za przeciwdziałanie powstawaniu obrzęków. Uważał on, że głodówka jest wręcz gorsza od otyłości, bo prowadzi m.in. do anemii. Oprócz tego za zupełnie nieużyteczne uważał napoje leczące otyłość (szkoda, że nie wiadomo, o jakie napoje chodzi). A co uważał za skuteczne? Ograniczenie jedzenia!!! Dla mnie jest to niesamowite, że już 130 lat temu lekarze wiedzieli, że najlepsza dieta to nieprzesadzanie z ilością zjadanych porcji. Jest to tam bardzo ładnie ujęte, cytując tak mniej więcej: dieta jest jedynym lekarstwem na niewygodę, której przyczyną jest za duża ilość jedzenia. Nie ma tu mowy o otyłości, lecz o niewygodzie. Bardzo mi się to podoba. Widać, nie zawsze trzeba pisać wprost, żeby rzecz zrozumieć.

Teraz wrócę do głównego zagadnienia. Dr Banting proponował dietę opartą na dużej dawce białek, a małej dawce tłuszczów, co mocno krytykował właśnie Ebstein. Wg Ebsteina długotrwałe przyjmowanie dużej ilości białek prowadzi do poważnych chorób. Ponadto Ebstein był autorem diety, w której kluczowy był tłuszcz (przy ograniczeniu spożycia skrobi) i  w której ważne było uśrednione spożycie białka. Ta dieta miała leczyć podstawowe dla Ebsteina schorzenia, czyli: tuszę, otyłość, dnę i niestrawność. Ebstein zalecał spożywanie tłuszczu dobrej jakości (a nawet do zażywania przyjemności w postaci fois gras, oczywiście w umiarze), natomiast Banting nakazywał unikanie tłuszczów, nawet rybich (zezwalał tylko na mięso łososia).

To tyle na temat notatki w NYT. Chcąc poszerzyć wiedzę, poczytałam na temat 
profesora Ebsteina, którego zalecenia bardziej mniej zainteresowały.

Wilhelm Ebstein

Ebstein jest uznawany za ojca LCHF, czyli diety Low Carbohydrate High Fat. Oprócz tego mówi się po nim jako o zapomnianym głosie, który przekonywał, że otyłość, dna moczanowa oraz cukrzyca są dziedzicznymi komórkowo chorobami metabolicznymi. Przyznaję, że to, co teraz piszę, robi na mnie wielkie wrażenie. A jest tego więcej. Znalazłam ciekawy artykuł na temat historii diety nisko węglowodanowej.

Wracając do Ebsteina. Prof. Ebstein uważał, że powrót do zdrowej sylwetki u ludzi otyłych jest raczej wynikiem zmiany nawyków żywieniowych (opartych na zmianie podejścia w psychice) niż wynikiem leczenia w dosłownym znaczeniu tego słowa. Ponadto zaznaczał, że nie powinno się oczekiwać schudnięcia w ciągu kilku tygodni, bo do tego prowadzi dopiero utrwalony reżim. A głodu trzeba unikać. Jak i cukru, który miał budzić wręcz odrazę (dokładnie tak było napisane w jednej z jego książek).

Dieta profesora Ebsteina

Z diety wykluczone zostały wszelkie formy słodkości, ponadto ziemniaki. Chleba można było spożywać od 3 do 3,5 uncji. Natomiast wskazane były warzywa bogate w białko, jak np.:  szparagi, szpinak, kapusta oraz rośliny strączkowe. Bez ograniczeń można było u Ebsteina jeść mięso, jakiekolwiek. W jednej ze swoich książek, co cytowane jest we wcześniejszej notatce, Ebstein pisał: pozwalam na tłusty boczek, tłuste baraninę i wieprzowinę, tłustą wątróbkę. Zalecał też dodawanie szpiku do zupy. I jeszcze do warzyw, aby były soczyste, pozwalał dodawać sos, a dokładnie rozpuszczone masło. Tu kierował się wskazaniami samego Hipokratesa, który zalecał akurat olej sezamowy. Zalecał też przyjmowanie 3 posiłków, czyli: śniadanie, obiad i kolację, a do tego popołudniową herbatę i przekąski. Do obiadu można było wypić 2 do 3 kieliszków wina, piwo tymczasem było dozwolone w niewielkiej, średniej ilości.


Dowiedzmy się teraz, co zalecane było przez Ebsteina na poszczególne posiłki w ciągu dnia:


Śniadanie:
  • duża filiżanka czarnej herbaty bez cukru czy mleka,
  • 2 uncje chleba obficie posmarowanego masłem
Śniadanie miało być spożywane o konkretnej godzinie: 6.30. latem i 7.30. zimą.

Obiad: między 2. a 3. popołudniu
  • zupa, zawsze ze szpikiem,
  • 4–6,5 uncji mięsa gotowanego czy pieczonego,
  • średnia ilość warzyw z pominięciem ziemniaków oraz znikomą ilością cukrowej rzepy


Deser:
  • odrobina świeżych owoców ― sałatki bądź duszonych bez cukru,
  • 2 do 3 kieliszków białego wina,
  • przed winem filiżanka czarnej herbaty bez cukru czy mleka


Kolacja:
  • ponownie czarna herbata,
  • pieczone mięso bądź jaja, szynka z tłustą kiełbaską bolońską, ryba świeża lub pieczona z niewielkim dodatkiem obficie posmarowanego masłem chleba, ponadto ser ze świeżymi owocami
Kolacja powinna zostać zjedzona między 7. a 8. wieczorem.

Niesamowite, prawda? Takie zalecenia znamy ze współczesnych książek, Internetu i innych źródeł, a tu proszę ― już wiadomo, skąd się to wzięło. Nic dziwnego, że Ebstein ostro wystąpił przeciwko zaleceniom Bantinga, ich metody po prostu się wykluczały. Dieta Ebsteina jest bliska temu, co sama uważam za właściwe w odżywianiu, choć przyznaję, że nie bardzo lubię tłuste mięso, zresztą rzadko jem mięso, bo wolę ryby, jednak jego zalecenia uważam za niezwykle trafne. Zastanawia mnie tylko, do kogo były kierowane (pamiętajmy, że autor być Niemcem i tam pracował), bo składniki menu może i były powszechnie dostępne, ale na pewno nie dla wszystkich.

Krótkie podsumowanie


„Corpulence and its treatment on physiological principles”, wydanie angielskie 1884 r., to podstawowa książka Ebsteina o leczeniu tuszy poprzez dietę. Już w przedmowie mamy zapisane wytłuszczonym drukiem, iż jest to dokładna odpowiedź na sposób leczenia otyłości zwany Banting remedy or cure by avoidance of fat. Chyba już wszystko jest jasne ― notatka opublikowana w NYT była bezpośrednią konsekwencją pojawienia się tej książki na amerykańskim rynku.

piątek, 12 czerwca 2015

Human obesity ― ciekawostki jeszcze z XIX stulecia


Cały wieczór spędziłam, przeglądając najstarsze amerykańskie artykuły z New York Times. Interesowała mnie tematyka otyłości, wpisałam więc do wyszukiwarki odpowiednie hasło i oto pojawiły się setki artykułów.  Niektóre z nich będą się u mnie pojawiały.


The New York Times z 18 sierpnia 1883 roku donosił o śmierci najgrubszej kobiety świata (tłumaczenie dosłowne), członkini cyrku dziwolągów (naprawdę wiem, jak to brzmi, ale chyba właśnie tak nazywano osoby występujące w cyrkach), Brytyjki Miss Conley. Kobieta ważyła 407 funtów, czyli nieco ponad 183 kilogramy. Jako ciekawostkę wspomniano też o pewnym panu, który, umierając w roku 1809, ważył 739 funtów, czyli 332,5 kilograma. Po śmierci mężczyzny, który zmarł w pokoju na piętrze, nie udało się znieść ciała w trumnie schodami, więc trzeba było zburzyć fragment ściany, by móc ciało wynieść z domu. Kiedy to przeczytałam, przypomniała mi się scena z filmu „Co gryzie Gilberta Grape’a”, w którym otyłą matkę po śmierci spalono wraz z całym domem.


W roku 1884 (6 stycznia) pojawił się artykuł, w którym w formie satyrycznej wspomniano o stosowaniu głodówki jako lekarstwa na otyłość. Skuteczność terapii nazywanej the brigand treatment potwierdził przypadek włoskiego księcia. Duke of Calvino stosował dietę opartą na chlebie, serze i wodzie. A wszystko to za sprawą porywaczy, którzy więzili księcia przez 35 dni, do czasu, gdy rodzina zapłaciła okup. Gazeta podaje, iż takie odżywianie przyniosło oszałamiające rezultaty i książę, który został porwany jako otyły, do domu wrócił o wadze normalnej. Autor notatki prasowej zadrwił sobie z księcia, podając, iż terapia wyleczyła go również z nadmiernej nerwowości.


Przypadek ten podano (na podstawie tego samego artykułu) w książce „Obesity in America, 18501939: A History of Social Attitudes and Treatment”. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zdobyć tę książkę, żeby zobaczyć, jak w dawnej Ameryce postrzegano i leczono otyłość.