poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Folia, tektura, plastik, aluminium..., czy można żyć bez opakowań żywności?


Trochę wspomnień ze zmierzchu PRL

Lubię przypominać sobie dawne czasy sprzed 25 lat, tak mniej więcej. Pamiętam sobotnie poranki, gdy chodziłam z siostrą do jedynego czynnego w naszej miejscowości sklepu z pieczywem. Czasem trzeba było czekać naprawdę długo na dostawę. A jaka tam była piękna kolejka. Ludzie ze sobą rozmawiali. Pamiętam ten szum. Pamiętam, że brałyśmy bochenki tak po prostu do ręki i pakowałyśmy do siatki, do takiej zwykłej, prawdziwej siatki. Chleb mógł w niej oddychać. A mleko było w szklanych butelkach, które po wypiciu mleka myło się i oddawało, chyba do sklepu. Jogurtów nie jedliśmy, serki homogenizowane rzadko (właściwie nie, wylizywało się tylko opakowania, gdy mała robiła sernik na zimno), nie było więc problemów z tymi opakowaniami. Śmietana była w słoikach, głównie od babci, nie pamiętam, jak ją sprzedawano w sklepie. Cukierki dostępne tylko na wagę pakowane były w papierowe torebki. Warzywa wkładało się tylko do siatki, podobnej do tej od chleba. (Owoców nie kupowaliśmy, bo dostawaliśmy od babci z jej ogrodu. Mięso i wędliny zawijano w papier. Masło było pakowane w papier jak do wypieków. Za to Delicje miały gotowe opakowanie i czekolada też. Były też produkty w słoikach i puszkach. Tyle pamiętam.
A i jeszcze śmieci ― wrzucało się je bezpośrednio do wiaderka na śmieci, nie było worków. Byłam za mała, by myć duże wiadro, robiła to głównie moja siostra. Ile rzeczy się teraz przypomina! Kawa mielona w młynku, twaróg domowy, maślanka z mleka, dżemy i konfitury domowe (choć u moich rodziców są wciąż domowe, a u mnie wkrótce także), kompoty z owoców, kogel-mogel zamiast słodyczy. Każdy z nas zna takie rzeczy, właściwie pamięta.
Moja mama z dawnych czasów (kiedy pojawiły się tzw. reklamówki w latach ‘90) zachowała zwyczaj mycia foliowych torebek, które dalej wykorzystuje. Myje też oczywiście opakowania szklane, opakowania po śmietanie z plastiku, które służą za doniczki do sadzonek. Kiedyś uważałam, że mycie opakowań to dziwactwo i się tego wstydziłam. Od kilku lat sama korzystam z torebek bawełnianych, wiklinowego kosza, na dalsze zakupy jeżdżę z plecakiem. Staram się nie brać foliowych opakowań, w zaprzyjaźnionych sklepach wiedzą to sprzedawcy. Ale to naprawdę mało. Chciałabym więcej.

Współczesność mojego domu
Kiedy dziś wynosiłam śmieci, zauważyłam, ile plastikowych oraz tekturowych opakowań wyrzucam. Duży worek (60 l) pełny był opakowań po mleku, koli i sokach (ostatnio wynosiłam śmieci w piątek). Znalazły się tam też drobiazgi w postaci opakowania po makaronie, po żelkach, kilku cukierkach, folia po papierze toaletowym, puszka po pomidorach. Był weekend, wypiliśmy dużo koli i soków. (Trochę się usprawiedliwiam.)
Nie wyrzucam już szkieł po przecierze pomidorowym, po przetworach, dżemach. Wszystko myję i wywożę do rodziców. Kiedyś tego nie robiłam, ale od kilku lat jest inaczej. Potem przywożę do Warszawy słoiki z przetworami, bo ja też jestem słoikiem. Nie wyrzucam też folii po suchych produktach, bo służą za worki na śmieci.

Chciałabym więcej. Tak. Dlatego wprowadzam w swoim domu miesiąc bez opakowań. Sprawdzę, bez czego mogę się obejść, a bez czego nie. Wyniki przedstawię wkrótce.

Chcę wspomnieć jeszcze o czymś, co mnie zaskoczyło. Owoce. Nie przypominam sobie, żebyśmy kupowali owoce. W ogóle. Pamiętam, że były jakieś cytryny i znałam też pomarańcze. Pamiętam też moje pierwsze spotkanie z bananami. Były zielone i cierpkie i musiały leżakować na kaloryferze. Były naprawdę wspaniałe, choć wtedy nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. O owocach rozmawiałam z moją mamą, która twierdzi, że u nas nie kupowało się owoców, bo ich właściwie nie było na rynku! Owoce jadaliśmy tylko przez pół roku. Zimą i wiosną jedliśmy dużo słodkiej marchwi, słodkiej, bo słodziliśmy ją cukrem. Pamiętam, że była wspaniała, słodka i soczysta. A ile przy tym starło się naskórka!

Miesiąc bez opakowań ― czy to jest możliwe?
Wracając do właściwego tematu, to chciałabym przez kilka najbliższych tygodni, do końca kwietnia, kupować produkty spożywcze i inne bez opakowań. Nie uda się kupić szamponu bez plastikowej butelki, to rzecz oczywista, mogę jednak kupić papier toaletowy na sztuki (w Społem, droższy, ale można). Kiedyś kupowałam surówki, podając własny pojemnik. Sprzedawcy kiwali głową, ale nie byli przeciwni, gdy mówiłam, że mi bardzo zależy. Spróbuję tak kupować mięso i ryby. Mogę tak kupować twaróg na kilogramy. A jogurt zrobię sama, pora wypróbować maszynę. Suche warzywa strączkowe mogę kupować na rynku na kilogramy ― też przygotuję własny pojemnik. Nie będę kupować soków i koli, nie wiem, co da się zrobić z mlekiem. Mama takich butelek nie wykorzysta, poza tym mleko w szkle jest u mnie droższe o ponad złotówkę o tego w plastiku. W pobliżu nie ma mlekomatu, z którego mogłabym korzystać. Nic nie poradzę na chemię, ale ją na szczęście rzadko kupuję. Na pewno nic mi się teraz nie kończy, może poza pastą do zębów.


Postanowione. Można powiedzieć, że zaczęłam w niedzielę, bo od niedzieli nic nie kupiłam. Akcja trwa do 30 kwietnia.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Sławny i osławiony ― syrop glukozowo-fruktozowy

Syrop glukozowo-fruktozowy ― dla mnie to niekończący się temat. Od kilku lat słyszę zewsząd, jaki to szkodliwy produkt, jak to niszczy mój organizm. Brakuje mi jednak rzeczowych danych. Nadeszła pora, by samemu poszperać. Dziś o nim ze strony czasopisma The American Journal of Clinical Nutrition, które bardzo lubię czytać. Przeczytałam tam artykuł Straight talk about high-fructose corn syrup: what it is and what it ain't autorstwa dra Johna S. White’a, chemika od wielu lat zajmującego się badaniem słodzików, eksperta od syropu z wysoką zawartością fruktozy.

Co to jest syrop glukozowo-fruktozowy?
Zacznijmy od nazwy ― w Ameryce nazywa się go tak: High Fructose Corn Syrup (powszechnie używa sie skrótu HFCS), czyli po naszemu wysoko fruktozowy syrop kukurydziany. W Europie mówimy o nim syrop glukozowo-fruktozowy bądź fruktozowo-glukozowy, oraz izoglukoza. Kilkakrotnie wnioskowano w Ameryce o zmianę nazwy na syrop kukurydziany, ale administracja odpowiedzialna za żywność odrzuciła wszystkie wnioski.
Składa się w 24% z wody, reszta to cukry w różnych proporcjach. 

Występują 3 rodzaje syropu:
      1) HFCS 55, który zawiera 55% fruktozy i 42% glukozy, wykorzystywany jest głównie w napojach bezalkoholowych, tzw. soft drinks ― określa się go w Europie nazwą syrop fruktozowo-glukozowy;
      2) HFCS 42, 42% fruktozy i 53% glukozy, stosowany do słodzenia napojów (beverages), płatków, gotowych ciast i żywności przetworzonej ― ten w Europie określa się jako syrop glukozowo-fruktozowy;
     3) HFCS-90, 90% fruktozy i 10% glukozy, używany w bardzo małych ilościach, głównie do uzyskania HFCS 55.
Zapomniałam najpierw podać, że informacje pochodzą z Wikipedii, a artykuł, który czytałam, jest rzeczowy i posiada bogatą bibliografię.

Skąd się wziął i do czego służy?
Syrop z kukurydzy zaczął być powszechnie stosowany na świecie (a właściwie w Ameryce) w latach ’70 XX wieku (głównie w napojach energetycznych i innych gazowanych), gdy zauważono, jak łatwo go stosować i jak jest tani. Wyprodukowano go już w 1957 roku, badania kontynuowano w latach ’60. Na początku nie można było wprowadzić go do masowej produkcji, gdyż do jego produkcji potrzebny był  szkodliwy arsenian (nie podano, o jaki dokładnie arsenian chodzi, a jest ich kilka) ― pomogli Japończycy, którzy uzyskali syrop bez użycia arsenianu. Pod koniec lat ’60 wprowadzono na rynek pierwszy produkt słodzony syropem z kukurydzy. A obecnie uważa się za jeden z najważniejszych środków spożywczych w historii. A kto go używa? Dobrzy znajomi wszystkich ludzi na świecie ― koncerny Coca-Cola i Pepsi ― od 1984 roku słodzą nim napoje produkowane na rynek amerykański. Ponoć tylko tam, reszta świata ma pić kolę z cukrem.
Teraz trochę danych statystycznych: otóż przeciętny Amerykanin w 1999 roku spożywał aż 17 kg syropu glukozowo-fruktozowego, w 2012 roku 12,3 kg (a dodatkowo cukru 17,7 kg). Wydaje się, że całkiem dużo.

Do czego doszedł dr White?
Wniosek dra White’a jest jeden i oczywisty: nie ma żadnych dowodów na to, że syrop glukozowo-fruktozowy wpływa bezpośrednio na wzrost wagi, że powoduje otyłość. Podkreśla on, że winne jest raczej zbyt duże spożycie cukrów w stosunku do ich spalania. Podaje, że od lat ’80 pojawiają się zarzuty wobec syropu, iż jest szkodliwy dla zdrowia, tj. niekorzystnie wpływa na metabolizm.

Czy syrop z kukurydzy jest odpowiedzialny za wzrost otyłości u ludzi?
Teza o bezpośrednim wpływie syropu na wzrost otyłości wśród Amerykanów pojawiła się w piśmiennictwie medycznym w 2004 roku. Statystyki pokazują, że w latach 1970-2005 spożycie kilokalorii w Stanach wzrosło o 24 %, w tym czasie o 5 % wzrosła procentowa ilość tłuszczów w spożywanych produktach i to ona ma być bardziej od dodawanych cukrów odpowiedzialna za wzrost otyłości. Okazuje się, że przez pewien czas fruktoza była jedynym środkiem słodzącym dodawanym do napojów energetycznych dla sportowców ze względu na niski indeks glikemiczny, ale ponieważ powodowała zaburzenia pracy układu trawiennego (bóle podczas trawienia), zaczęto dodawać do tych napojów glukozę, dzięki której zniwelowano te dolegliwości. Ponoć o trudnościach związanych z trawieniem fruktozy wiadomo od dawna, kiedyś nawet prowadzono badania na zwierzętach i na ludziach. Z danych statystycznych wychodzi, że obecnie (chyba chodzi o 2008 rok, bo wtedy opublikowano artykuł) w Ameryce fruktozowy syrop kukurydziany stanowi połowę wszystkich słodzików dodawanych do żywności, tymczasem ogólnie na świecie tylko 8 %. Do żywności dodaje się go nie tylko dlatego, że jest tani (tak twierdzi dr White), ale także dlatego, że konsument nie wyczuwa różnicy między sacharozą a syropem dodanym do napojów i jedzenia.  Są jeszcze oczywiście przyczyny czysto chemiczne, ale dla mnie mało istotne, więc o nich nie piszę.

Nie ma żadnych dowodów naukowych na wpływ syropu z kukurydzy na wzrost otyłości
Na koniec wracam jeszcze raz do końcowego wniosku dra White’a: nie ma żadnych dowodów na to, że słodzik znany u nas pod nazwą syrop glukozowo-fruktozowy ma jakikolwiek związek bezpośredni ze wzrostem otyłości w Stanach i reszcie świata.

Co ja na to?
Dla mnie ten cały wywód jest zaskakujący, gdyż wiele czytałam na temat związku jego spożycia z otyłością, przekonałam siebie, że to fakt, i teraz żyję w przekonaniu, że ten syrop to najgorszy słodzik na świecie. Dodam jeszcze, że nie szukałam informacji na temat ewentualnych związków autora artykułu z jakąś korporacją produkującą syrop bądź produkty na nim oparte. Warto zwrócić uwagę na datę powstania artykułu, bo od jego ukazania się minęło już 7 lat i może natknę się na późniejsze badania wskazujące na jednak bezpośrednie powiązanie między syropem a otyłością. Na pewno dam znać, jeśli coś takiego znajdę.
Sama na razie będę się dalej wystrzegać kupowania i spożywania produktów, w których składzie znajduje się syrop glukozowo-fruktozowy, i będę szukać dalszych informacji na jego temat.